Kariery, kredyty i … niepłodność, czyli nasze doświadczenie pokoleniowe

Siedzą z wzrokiem utkwionym w kurz na butach, smutni, trochę zawstydzeni. Cisza, nie rozmawiają ze sobą. Panowie ewidentnie źli, dziewczyny zagubione, z podkrążonymi oczami. Nad nimi, na ścianie w tanich ramkach z Ikei rząd fotografii pyzatych maluszków. Dużo fotografii, bardzo długi rząd. Od ściany do ściany. I po przeciwnej stronie też. Jest coś makabrycznego w tej ilości dziecięcych twarzy. Nie, same buzie nie niosą złych znaczeń, makabryczny jest kontekst. Wielkie pragnienie pacjentów i to niedelikatne reklamowe przesłanie kliniki: tak to nasze dzieło, tacy jesteśmy skuteczni. A wy nie, wy macie problem, duży problem, który będzie trwał latami. Jak wyrok współczesnego Józefa K.

Bardzo trudno jest połączyć w sobie te sprzeczne bodźce, jakie płyną dziś do trzydziestolatków – malejący przyrost naturalny i oglądanie jak to kulawie prorodzinne państwo stara się, wymyślając ułomne zachęty do posiadania dzieci. Albo żarty tłustych wujków z wesela: Nie macie dzieci? A może nie robicie tego, pewnie nie wiecie jak? Komentarze, że kariera i kasiora najpierw, a potem może przyjdzie czas na dziecko.



Z drugiej strony własne, powoli uświadamiane sobie uczucia i jakieś wielkie pragnienie w sercu, żeby mieć własne dziecko. Potrzeba, która niezrealizowana nie pozwoli dalej normalnie żyć i rozwijać się, zaczopuje człowieka, zatrzyma na jakimś etapie, nie pozwalając iść dalej. Wtedy zaczyna się myślenie o sobie, jako o kimś ułomnym, gorszym.

Do tego cały system wartości wpajany opisywanemu pokoleniu od matury: rób tak, żeby nie było dzieci. Ile razy ze strachem on i ona zerkali na test ciążowy, czy pojawiają te dwie straszne kreski. O paradoksie! A jak potem odwrócić to, co w głowie tak mocno wryte? Taki jest typowy wzorzec zachwiań przekazywany dziś młodzieży – edukacja, edukacja, walka o pracę, o bycie kimś, o ustawienie się w życiu. A jak w międzyczasie wypadniesz z ramek, to kryzysy, terapie i dołki. No i problem, bo prawa biologii są nieubłagane, zegar tyka i kobieta po 35 roku życia ma, jak się okazuje naprawdę poważnie obniżony potencjał rozrodczy. I nawet feministki tego nie zmienią. Po kilku latach starań o ciążę, po przejściach w związku, po problemach na tle seksualnym i emocjonalnym, po borykaniu się z tym dramatem na własną rękę, lądują młodzi w klinice leczenia niepłodności. I stają przed uświadomieniem sobie własnej sytuacji – tak, to mnie dotyczy. Będę się musiał leczyć. Wstyd, szok, smutek, chaos myśli, niepewność i powoli budząca się świadomość, że diagnoza dlaczego tak się dzieje i jak to leczyć – będzie nieprędka. Do tego olbrzymie koszty leczenia.

Oraz wojujący politycy i księża. W większości mężczyźni. W większości dawno już poza okresem rozrodczym, demonizujący leczenie niepłodności. Wykorzystujący temat in vitro do sejmowych przepychanek. Odstraszający chorych, wahających się, niepewnych. Stygmatyzujący ich.

Nie łudźmy się, politycy zabierając głos w sprawie in vitro załatwiają własne interesy. A ci, którzy się leczą pozostają niemi. Rozumiem ich, bo leczenie niepłodności to bardzo intymna sprawa, pary są bardzo obciążone emocjonalnie, podobno ta choroba powoduje stres porównywalny do tego towarzyszącego leczeniu raka. Chorzy nie są więc potencjalnymi działaczami we wspólnej sprawie, to jest samotna, trudna walka z poważną chorobą cywilizacyjną.

Warto też uświadomić sobie że dla dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków niepłodność jest doświadczeniem pokoleniowym. Wystarczy rozejrzeć się dookoła trochę bardziej uważnie, i znajdzie się wśród własnych znajomych, wśród własnej rodziny pary, które zmagają się z brakiem potomstwa.

Nie ma oficjalnych danych, ale szacuje się, że w Polsce może być nawet około 1,5 miliona par mających kłopoty z zajściem w ciążę. To już co piąta para. Obrazowo – wyobraźmy sobie, że jeśli w pokoju jest dziesięć par, to dwie z nich będę się zmagać z tym utrapieniem.

Jakie są moje refleksje na ten temat? Otóż wydaje mi się, że leczenie niepłodności można oswoić. Że to niska świadomość społeczna, brak akceptacji ze strony najbliższego środowiska, religijne przesądy, a przede wszystkim brak wiedzy – pogarszają sytuację leczących się. To obciążenie psychiczne można zniwelować, uświadamiając sobie następujący fakt: dzięki rozwojowi medycyny, a szczególnie tej działki dotyczącej technik wspomaganego rozrodu, jak to się fachowo nazywa w slangu medycznym, szanse na leczenie są większe niż kiedykolwiek wcześniej. Jesteśmy jednym z pierwszych pokoleń, które choć dotknięte tą chorobą cywilizacyjną, posiada także metody na wyleczenie się z niej. Nie pozwólmy, by przesądy odebrały młodym ludziom radość bycia mamą i tatą. To mój apel! Na początek:)
Trwa ładowanie komentarzy...